Dorota Szatters: Eremita

Fot. Max Steckel. Zbiory Muzeum Miejskiego w Zabrzu

Dorota Szatters mieszka i pisze swoje wiersze i eseje na Górnym Śląsku. Wywodzi się z rodu górników, prowadziła szereg instytucji kulturalnych, a dzisiaj zarządza kulturą w magistracie Zabrza – miasta, w którym jedna z zamkniętych kopalni została przekształcona w spektakularny obiekt kultury poprzemysłowej: Muzeum Górnictwa Węglowego. Być może ilustruje to symbolicznie przemiany zachodzące zarówno w pejzażu, jak i w społeczności regionu.

Wiersze Doroty Szatters są osadzone w krajobrazie kominów, szybów, wygaszonych wielkich pieców, przykopalnianych miasteczek ciągle pamiętających żmudną biedę i szorstką, lecz urokliwą melodię gwary śląskiej. Poetka przykłada ucho do tej ziemi z życzliwością, która nasuwa na myśl szczere i proste zasłuchanie animizmu w otaczający świat. Pozwala jej to wychwytywać głosy, których nie jesteśmy już w stanie usłyszeć, a nawet ich sobie wyobrazić. Szara gleba, ubogie przedmioty codziennego użytku, stara kopalnia, podupadła huta występują w swoim własnym imieniu, osada górnicza powraca do życia, złoża węgla zaczynają wibrować głosami skamieniałych dusz. Po przeczytaniu wieczorem takiego wiersza zauważa się rano, że krajobraz wygląda nieco inaczej, ciekawiej. To znamię mocnej poezji, która wie, czego chce.

W „Eremicie”, wierszu z tomiku Szychta, mit jest blisko, tuż za zakrętem chodnika. Skarbnik to żadna bajkowa postać. Jest jak najbardziej rzeczywisty i nie ma w tym nic dziwnego. Cieszę się, że mogę ten wiersz i jego autorkę przedstawić szwedzkim czytelnikom. Każdy, kto w ciągu stuleci stanął na przodku w starodawnej szwedzkiej kopalni miedzi w Falun, zrozumiałby, że spotyka tu kuzyna tamtejszej Kopalnianej Pani.

Od czasu do czasu przez staranną polszczyznę Doroty Szatters przebija się język jej przodków. Na ulicach Katowic, mojego rodzinnego miasta, słychać dzisiaj gwarę śląską o wiele mniej niż w latach mojej młodości. Z dozą melancholii, to znaczy smutku zmieszanego z radością, wsłuchuję się w idiom współczesnej śląskiej poezji właśnie dzisiaj, dokładnie pięćdziesiąt lat po moim niewłasnowolnym pożegnaniu z Polską, które jednak w perspektywie lat okazało się początkiem świetnej podróży.

Eremita

wyciągnął przed siebie ramiona, potem
w pozycji człowieka witruwiańskiego
zakręcił się wokół własnej osi
był wolny
od światła, kpin i wrogich spojrzeń

przeklęty, mówili, dziecko diabła,
bo chyba tylko taki nie widzi barw stworzonych przez Boga
ucieka od słońca,
bo tylko twarz diabelskiego pomiotu może być tak zeszpecona
jak jego twarz
nystagmus, fotofobia, achromatopsja
nic mu wtedy nie mówiły
innym też nie
szary świat był wrogi i ludzie byli wrodzy
bał się ich i oni się jego bali

***

najgorsze było lato
pojawiało się triumfalnie wśród ptasich fanfar
zęby miało przeraźliwe białe, palący oddech
od jaskrawego spojrzenia, przenikającego wszystkie warstwy skóry
głowy szarych kwiatów pochylały się z lękiem,
bielały źdźbła trawy, pękała ziemia,
żar kładł się na dachu, ścianach, drzwiach,
wyginał osikowe wióry, łuszczył farbę, topił smołę,
wbijał się rozżarzonym ostrzem w deski,
płoszył kurz

dom się dusił
a on dusił się w domu
dusiła go koszula, dusiły spodnie
spocone włosy oblepiały czaszkę,
uwydatniały brodawki,
pot ściekał między nimi, pozostawiając w bruzdach sól

upał pełzł po klepisku,
gorącymi palcami dotykał wszystkiego i wszystko wysuszał
jego skórę też
wargi szare jak ziemia, pękały jak ona
krew zasychała w kącikach ust

do śmierci ojca jakoś to znosił
ale potem musiał pomóc matce
musiał zarobić na chleb
wyjść do ludzi

***

był robotny, spostrzegawczy i sprytny
ciemność i chłód były sprzymierzeńcami
nie przeszkadzały mu ani ciężka praca, ani pył, ani pot
schodząc w podziemie, jak Jonasz w brzuch ryby,
za sobą zostawiał strach i rozgoryczenie, które jak piołun
wypalało w nim pionowe korytarze

pracował coraz lepiej i dłużej
oswajał podziemne korytarze, komory, konie
jego oczy wypełniała bezbrzeżna, aksamitna czerń
cieniem pełgała po twarzy oświetlonej płomieniem karbidki
z miłością chroniła przed szyderczym spojrzeniem

czuł się tu dobrze,
ale zawsze wracał do matki
coraz mniejszej, cichszej, bielszej
a kiedy znieruchomiała poczuł ulgę,
bo ziemia troskliwa, miłosierna przyjęła ją z czułością

***

coraz rzadziej wychodził na powierzchnię, coraz dłużej pracował
wyręczał innych, za co odwdzięczali się
chlebem z tustym, krupniokiem, czasem zawiniętym w papier karminadlem
on był zadowolony, oni byli zadowoleni
do czasu, kiedy pojawił się niemiecki sztajger
co mioł Ślonzoków za gupków
na wszystkich wrzeszczał, wszystkim dogryzał, ale jemu szczególnie
wyśmiewał się z jego słabego wzroku
podartych ubrań, zniszczonych butów
Schlesische schmutzige Schweine!
syczał z pogardą a inni się śmiali
poczuł rozgoryczenie i złość
nie ostrzegł, że zbliża się zawał
przeżył
oni nie
odgrzebywał ciała, płacząc

***

ostatni raz był w domu podczas bezgwiezdnej, grudniowej nocy
śnieg był szary, jak szare były krystaliczne rośliny,
wzrastające na szybach o tej porze roku
karbidka oświetlała niewiele
zakurzony bifyj, stół pokryty ceratą, zimny piec
otworzył szrank i wziął to, co musiał
galoty, spodnioki, trzi koszule, flauszowy mantel i kania po łojcu,
szal co matka zrobiyła dlo niego ze spruty wełny,
fuzekle, dwa cwitry po ujku, co umar pora lot nazot,
z bifyja wzion półlitrowy gorcek, dwie szklonki,
kanka na mlyko i mało miska,
cztyry noże, widełki, łyżki i brus,
cuker, sól i łocet
i krzesiwo, jak za starego piyrwy
bo krzesiwo sie zawsze przido,
spod ławecki za drzwiami wzion szczewiki,
a z romki metalowe pudełko
było w nim zdjyncie matki
czerwone korale z krziżykiym,
łozerwany różaniec i ksionżecka do nabożyństwa
drugiej nocy wzion narzyńdzia z chlywika
trzeciej
kotuśniok, ciynko pierzina i deka,
a czwartej nocy
podpalił mamine łóżko
ze spokojem przyglądał się szarym płomieniom

na łóżko położył matczyne ubrania, wystrugany w dzieciństwie
[miecz
i patrzył jak płoną,
jak płomienie pożerają meble, święte obrazy, krzyż
wyszedł
cienie tańczyły na drodze, iskry jak modły wznosiły do nieba
przypomniał sobie opowieść o żonie Lota
oddalał się nie odwracając głowy

***

od lat nie wychodził z kopalni
tamten świat już przestał go wzywać
a matka była teraz bliżej niż kiedyś
czuł jej obecność, jej opiekę
czasem słyszał modlitwę, śpiew
słyszał też inny śpiew cichy, łzawy
śpiew miliardów skamieniałych dusz
sprasowanych między skałami
złapanych w pułapkę bagna

był prawie ślepy, ale to nie miało znaczenia
czuł mocno i wyraźnie
jego zmysły nauczyły się rozróżniać niezliczone odcienie czerni
smaki czerni, zapachy
unikał kontaktu z ludźmi,
ostrzegał przed zawałem, wybuchem
zasypanych odkopywał, rannym udzielał pomocy
umarłym kładł na zmiażdżone powieki okruchy węgla
czarne obole na przeprawę przez płynącą chodnikami rzekę pyłu
górniczy Styks

górnicy wiedzieli, że jest ktoś, kto im pomaga
odwdzięczali się jedzeniem, wodą
otaczali czcią
kiedy jedzenie przestało znikać
mówili, że Skarbnik żywi się węglowym pyłem
że będzie żył wiecznie

Eremiten

han sträckte fram armarna, sedan
snurrade han runt sin egen axel
i den vitruvianske mannens ställning
han var fri
från ljuset, hån och illvilliga blickar

fördömd, sade de, djävulens avkomma,
det är väl bara en sådan som inte ser Guds färger
flyr undan solen,
bara djävulens avkomma kan ha ett så vanställt ansikte
som hans
nystagmus, fotofobi, akromatopsi
sade honom ingenting på den tiden
betydde inget för de andra heller
den gråa världen var hotfull och människorna var hotfulla
han räddes dem och de räddes honom

***

värst var sommaren
dök upp i triumf bland fåglarnas fanfarer
dess tänder var skrämmande vita, dess andedräkt brände
dess bjärta blick som trängde igenom hudens alla lager
fick de gråa blommornas huvuden att oroligt böjas,
grässtrån bleknade, jorden krackelerade,
glöden lade sig på taket, väggar, dörrar,
fick aspspånen att krullas, färgen att flagna, tjäran att smälta,
stack sin glödande egg in i plankorna,
skrämde dammet på flykt

huset kvävdes
och han kvävdes i huset
skjortan kvävde honom, byxorna kvävde
det svettiga håret klibbade sig vid skallen,
framhävde vårtorna,
svetten rann mellan dem, lämnade salt i fårorna

hettan kröp på lergolvet,
vidrörde och torkade ut allt med sina heta fingrar
även hans hud
de jordgråa läpparna sprack upp som jorden
blodet torkade i mungiporna

fram till fars död stod han ut
men sedan var han tvungen att hjälpa mor
tjäna ihop till brödfödan
gå ut bland folk

***

han var flitig, uppmärksam och påhittig
mörkret och svalkan var hans bundsförvanter
han besvärades varken av hårt arbete, av damm eller svett
på väg ner i underjorden, som Jona in i fiskbuken,
lämnade han bakom sig rädslan och bitterheten som likt malört
brände djupa schakt inne i honom

han arbetade ständigt bättre, längre och längre timmar
tämjde underjordiska korridorer, kammare, hästar
hans ögon fylldes av gränslös sammetssvärta
den kröp skugglikt över ansiktet upplyst av karbidlampans flamma
skyddade kärleksfullt mot hånfulla blickar

här trivdes han
men återvände alltid till modern
som blev mindre och mindre, tystare, blekare
när hon blev stilla kände han lättnad
då den omsorgsfulla, barmhärtiga jorden tog emot henne med ömhet

***

han tog sig upp till ytan mera och mera sällan, arbetade längre
ryckte in för andra, vilket de återgäldade
med schmalzbrot, blodwurst, ibland en karbonadel inlindad i papper
han var nöjd, de var nöjda
tills en tysk steiger dök upp,
som betraktade alla schlesingar som fåntrattar
gallskrek åt alla, pikade alla och särskilt honom
hånskrattade åt hans dåliga syn
sönderrivna kläder, slitna skor
Schlesische schmutzige Schweine!
väste han föraktfullt medan de andra skrattade
det kändes bittert och retfullt
han lät bli att varna om att raset var på gång
överlevde
inte de andra
han grävde fram deras kroppar och grät

***

sista gången var han hemma en stjärnlös decembernatt
snön var grå, gråa var de kristalliska växter
som spred sig över rutorna så här års
inte mycket syntes i karbidlampans sken
den dammiga skänken, bordet täckt med vaxduk, den kalla spisen
han öppnade skåpet och tog vad han behövde
houser, unterhouser, tre skjortor, en flauschmantel å farsgubbens hatt,
halsduken som mor hade stickat till honom av repat ullgarn,
strumpor, två tröjor efter onkeln som dog ett par år bakåt,
ur skänken tog han en halbliters kastrull, två glas,
en mjölkkanna å en liten matskål,
fyra knivar, gafflar, skedar å bryne,
zucker, salt å ättika
å flinta, som i forna tider
då flinta å fnöske är alla gånger bra att ha,
underifrån bänken utanför dörren tog han kängorna,
å från hyllan en metallask
därinne låg mors bild
röda koraller med ett litet kors,
ett trasigt radband å böneboken
andra natten tog han verktygen från svinstian
den tredje
en hårdstoppad kudde, ett slitet fjädertäcke å en filt,
och den fjärde natten
satte han eld på mammas säng
och iakttog lugnt de gråa flammorna

på sängen hade han lagt mors kläder, svärdet som han hade täljt
[som liten
och såg dem brinna,
såg flammorna sluka möbler, helgonbilder, korset
han gick ut
skuggorna dansade på vägen, gnistorna steg som böner mot himlen
han kom ihåg berättelsen om Lots hustru,
fjärmade sig utan att se sig om

***

han hade inte gått upp från gruvan på åratal
världen utanför har redan slutat kalla
och mor var nu närmare än förr
han kände hennes närvaro, hennes beskydd
ibland hörde han bön, sång
hörde även annan sång – tyst, tårfylld
sången av miljarder förstenade själar
som hade pressats samman bland klipporna
fångats i träskets fälla

han var nästan blind men det saknade betydelse
han kände starkt och tydligt
hans sinnen hade lärt sig att urskilja oräkneliga nyanser av svärta
svärtans smaker, dofter
han undvek mänsklig kontakt,
varnade för raset, explosionen
grävde fram de levande begravda, hjälpte de skadade
lade kolskärvor på de dödas krossade ögonlock
svarta oboler för färden över dammfloden som rann längs gruvgångarna
gruvans Styx

gruvfolket visste att det fanns någon som hjälpte dem
de återgäldade med mat, vatten
omgav med vördnad
när maten slutade försvinna
sade de att Gruvherrn livnärde sig på koldamm
att han skulle leva för evigt

Tłumaczenie na szwedzki: Jurek Hirschberg